Ależ te pory roku szybko się zmieniają. Na szczęście optymizm mnie nie opuszcza, mimo jesiennej aury za oknem:)
Groszek będzie chłopcem. Po kuble wody na głowę już się oswoiłam z tym, że będę musiała wychować młodego człowieka bez cech szowinizmu, altruistę z inteligencją emocjonalną, który nie będzie synusiem mamusi, ale w przyszłości partnerem dla swojej kobiety. Łatwo nie będzie. Wiem po Kici, którą oddaliśmy do krycia. Nie ma jej tydzień, a ja się zachowuję jak patologiczna Matka Polka, która wysłała dziecko na kolonię i codziennie dzwoni do wychowawczyni, czy aby tam nie biją?
"Lepszy syn niż córka" - rzekł do mnie kolega z pracy - "Zawsze masz wiano z głowy i nic Ci do domu nie przyniesie, a jak przyniesie to szybko wyleczysz". Praktyczne podejście.
Żeby nie zwariować w tej burzy hormonów czytam o ciąży tylko to, co dotyczy danego tygodnia. Wszystkie znajome i nieznajome "dobre rady" przesiewam przez grube sito własnego, szczelnie odpornego mózgu:)
Trzeba mieć dystans...Ot choćby dziś na hematologii małżonek wystąpił z przemówieniem do innej pacjentki - "Proszę Pani lepiej mieć białaczkę niż grypę. Przy białaczce przychodzi Pani na kontrolę i do domu, a przy grypie? Wszystko boli, grzebią Pani w gardle, jakiś katar, kaszel, gorączka". Pacjentka z uśmiechem pokiwała głową. W końcu trzeba mieć luz w życiu...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz